Star Wars Despecialized Edition

W roku 1977 George Lucas dał światu Gwiezdne Wojny. I świat go pokochał. W roku 1997 sprezentował je ponownie, w wersji zmodyfikowanej. I świat zaczął go nienawidzić. Później fani usunęli dodatkowe efekty Lucasa. Czy zmyli też jego hańbę?

 

Twórca i (nie) jego dzieło

„Special Edition”, oto dwa słowa, które najbardziej zatwardziałych fanów Star Warsów przyprawiają o mdłości. Pod koniec XX wieku George Lucas, ojciec świata Gwiezdnych Wojen, postanowił odświeżyć swoje dzieła wykorzystując najnowszej zdobycze technologii. Wydał gwiezdną sagę w wersji „Special”, w której (jego zdaniem) poprawił część efektów specjalnych, kolorystykę itp. W kolejnych latach pojawiały się następne wersje filmów. Na DVD i Blu-ray. Niektóre zmiany jakie wprowadzał Lucas były chwalebne (np. podniesienie rozdzielczości) inne, mówiąc delikatnie, dyskusyjne. Sfrustrowanym fanom i rozczarowanym krytykom nie chodzi tylko o nadmierne epatowanie efektami specjalnymi (np. postaci komputerowe wpychane na siłę na drugim lub nawet pierwszym planie), ale również modyfikacje zmieniające charakterystyki niektórych postaci i „smak” filmu.

To że Han Solo strzela do Greedo pierwszy, jest elementem budującym i opisującym tę postać. W zmodyfikowanej wersji Han nie atakuje, lecz się broni. Mała rzecz, ale bardzo istotna dla charakterystyki tego bohatera.

Temat zmian w Star Warsach wyszedł zresztą daleko poza subiektywne preferencje konkretnych widzów i recenzentów. Pojawiły się pytania jak daleko twórca kultowego, wręcz epokowego dzieła może posunąć się w jego modyfikacji? Czy podmiana postaci Sebastiana Shawa w oryginalnym Powrocie Jedi na zmodyfikowanego Haydena Christensena, to już przesada?

Hayden Christensen vs Sebastian Shaw

Według wielu odbiorców Gwiezdnych Wojen, których głosy mogliśmy usłyszeć na przykład w dokumencie „The People vs George Lucas”, oryginalna trylogia jest dziełem tak istotnym dla zachodniej cywilizacji, że jej oryginalna forma powinna być chroniona jako dziedzictwo kulturowe. Fani pytają czy jeśli Leonardo da Vinci przeniósłby się w czasie, wszedł do Luwru w roku 2015 i chciał przemalować legendarny uśmiech Mona Lisy, to czy byśmy mu na to pozwolili? W którym momencie tak istotne dzieło sztuki przestaje być już tylko własnością jego twórcy, a staje się dobrem kulturowym całego społeczeństwa?

Dla wielu osób zakochanych w Star Warsach Da Vinci mógłby nie istnieć. Liczy się tylko Lucas i jego świat.

Bez względu na to czy zgadzamy się z fanami, czy twórcą jedno jest pewne – chronienie oryginalnej wersji tych konkretnych filmów jest bardzo trudne. George Lucas powiedział kiedyś wprost, że jedyna słuszna wersja Gwiezdnych Wojen, to ich zmodyfikowana edycja.

Filmy nigdy nie są kończone, są porzucane. Inne wersje znikną. Za sto lat od teraz nową wersją filmu, którą wszyscy będą pamiętać, będzie [edycja specjalna]. Prawem reżysera jest wracanie i odkrywanie filmu na nowo

– powiedział w 1997 roku George Lucas w wywiadzie dla magazynu American Cinematographer.

Fani prosili, tworzyli petycje, grozili, krzyczeli… Nic nie pomogło. Oryginalna wersja trzech pierwszych filmów z gwiezdnej sagi zniknęła z kin i sklepów. Późniejsze, nowe wydania na DVD i Blu-ray były lepsze pod względem rozdzielczości i dźwięku, ale zawsze zmodyfikowane.

Aż do czasu gdy tematem zajęli się fani.

 

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kredyty

W 2012 roku The Walt Disney Company kupił firmę LucasFilm za 4,06 mld dolarów. W tym momencie pewne stały się dwie kwestie. Po pierwsze – dostaniemy nowe Gwiezdne Wojny. I to nie jeden film, ale trzy, sześć, dziewięć… Tak wiele, ja tylko się da. Pierwsze z nich, „Star Wars: The Force Awakens”, wchodzą do polskich kin za cztery dni. Kolejne (zarówno z głównej, nowej trylogii, jak i spinoffy) już są w produkcji. Oprócz tego czekają nas nowe książki, komiksy, gry i oczywiście zabawki. Bardzo dużo zabawek.

Zabawki Star Wars

Drugą oczywistą kwestią po sprzedaży LucasFilms był powrót kwestii oryginalnej, niezmodyfikowanej trylogii w wydaniu Blu-ray.

O takiej nowej-starej wersji mówiło się już od lat. Szanse na nią były jednak marne. George Lucas jej nie chciał, a LucasFilms zasłaniał się kosztami rekonstrukcji filmu ze starych negatywów. Były to tłumaczenia średnio przekonywujące. Pisałem kiedyś o rekonstrukcji starych filmów w polskim Cyfrowym Repozytorium Filmowym. Proces jest skomplikowany, czasochłonny i drogi, to prawda. Jednak zdolni specjaliści z odpowiednim budżetem są w stanie zdziałać cuda i zamienić zniszczony film w prawdziwy diament.

Cyfrowe Repozytorium filmowe - rekonstrukcja 1

Zresztą nawet gdyby oryginalne negatywy rzeczywiście były w stanie niemożliwym do pracy (to jedna z „wymówek” LucasFilm), to istnieje bardzo wiele innych źródeł oryginalnej, niezmodyfikowanej wersji filmów, na których można pracować. Serwis arstechnica pytał o to w 2010 roku Michaela Kaminskiego, autora książki „The Secret History of Star Wars”. Już wtedy autor uważał, że rekonstrukcja jest wykonalna i może być bardzo opłacalna.

Zdecydowanie jest możliwy nowy transfer wysokiej jakości z oryginalnego materiału 35 mm. Można by odrestaurować film z oryginalnych negatywów za kilka milionów dolarów. Wydanie z 2004 roku zarobiło 100 milionów dolarów w jeden dzień, więc ten koszt jest bez znaczenia

– powiedział Kaminski.

Co zatem stoi na przeszkodzie, by wydać oficjalne, stare-nowe Gwiezdne Wojny? To proste – pieniądze.

Disney kupił firmę LucasFilm i pełne prawa do nowych produkcji. Może zrobić z tym uniwersum co mu się podoba. Jeśli zamiar Jar Jar Binksa producenci Disney’a postanowią wsadzić do nowych filmów Myszkę Miki, to mogą to zrobić. Sęk w tym, że nie mają praw do sprzedaży starych filmów. Te należą do firmy Fox.

Fox ma prawa do dystrybucji oryginalnego filmu Star Wars, numeru 4 w serii, we wszystkich rodzajach mediów na całym świecie. Jeśli idzie o pięć kolejnych filmów, Fox ma prawa do dystrybucji kinowej, nie kinowej i domowej na cały świat, aż do maja 2020 roku

pisze The Hollywood Reporter.

Star Wars Blu-ray

Tak, więc wszystko wskazuje na to, że poprawionej, niezmodyfikowanej i oficjalnej wersji filmów Gwiezdne wojny: Część IV – Nowa nadzieja, Gwiezdne wojny: Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje i Gwiezdne wojny: Część VI – Powrót Jedi możemy spodziewać się najwcześniej za pięć lat.

Słowo klucz w tym zdaniu, to jednak „oficjalnej”.

 

„The force is strong with this one”

To czego nie chciał zrobić George Lucas, nie mogli lub nie chcieli uczynić prezesi największych korporacji filmowych w Stanach Zjednoczonych zrobiła grupka zorganizowanych fanów Gwiezdnych Wojen, których zmęczyło już czekanie na oryginalne, oficjalne i niezmodyfikowane Gwiezdne Wojny w wysokiej rozdzielczości.

Projekt nazywa się „Harmy’s Star Wars: The Despecialized Edition” i jest od około roku dostępny w wersji 2.5. Powstawał kilka lat, a jego założeniem było dostarczenie trzech pierwszych filmów z sagi Star Wars w wersji jak najbliższej oryginalnej – tylko w wysokiej jakości.

Udało się.

Despecialized Editions to rekonstrukcje kinowych filmów Star Wars w wysokiej jakości. Oryginalne ujęcia były skrupulatnie odtwarzane z wykorzystaniem różnych źródeł od kaset VHS, płyt LaserDisc, DVD, Blu-ray aż po skany filmów 35 mm

– piszą twórcy na oficjalnym profilu Facebookowym projektu.

Niektóre ujęcia były dosłownie klejone z kilku źródeł. Inne wymagały korekcji kolorów, modyfikowania dźwięku, wmontowywania lub usuwania niektórych elementów itp. Wszystko w jednym celu – by filmy przypominały jak najwierniej oryginalne wersje znane z kinowych premier. Bez późniejszych modyfikacji z obecnych wydań Blu-ray i DVD.

Obecnie filmy są udostępniane na torrentach. Ważą po kilkanaście gigabajtów każdy. W galeriach prezentujących zmiany widać jaki cel mieli twórcy i czy udało im się go osiągnąć. Oto kilka przykładowych ujęć pokazujących rezultat końcowy i źródła z jakich korzystali twórcy.

Star Wars Despecialized Edition krążownik

Star Wars Despecialized Edition R2D2

Star Wars Despecialized Edition X-Wing

Trudno powiedzieć czy ci ogromni fani należą do ciemnej, czy jasnej strony mocy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zwykli widzowie, szczególnie ci starsi, pamiętający oryginalną trylogię w wersji niezmodyfikowanej, zapewne nazwą ich rycerzami Jedi i oddadzą pokłon. Wielkie korporacje będą jednak pewnie chciały zrobić im test na ilość midichlorian i po odczytaniu wyniku stwierdzą, że są Sithami.

Bo prawda jest taka, że kwestia prawna dotycząca Star Wars: The Despecialized Edition jest w najlepszym wypadku mocno dyskusyjna. Wszak to modyfikacja filmów i ich dystrybucja przez torrenty. Inna kwestia, że modyfikacja i dystrybucja filmów, które w takiej formie nie były jeszcze nigdy dostępne.

Teraz są, fani o to zadbali. Bez budżetów liczonych w miliony dolarów, bez motywacji finansowej. Po prostu z miłości do oryginalnej wersji filmów, które są dla nich tak bardzo ważne.

 

George Lucas nie będzie zadowolony.