Większy od chęci posiadania hologramów takich jak w Gwiezdnych Wojnach jest tylko żal wynikający z faktu, że to jeszcze niemożliwe. Śmiechłem i zapłakałem za jednym razem widząc współczesny „hologram”.

Strasznie, ale to STRASZNIE chcielibyśmy aby nasz prywatny R2D2 wyświetlał trójwymiarowe obrazki unoszące się w powietrzu. Czasem to marzenie próbujemy spełnić za pomocą kurtyn z pary wodnej i projektorów (i to nawet w Polsce), innym razem do pracy zaprzęgamy filtry RGB i kryształy niobianu litu.

Efekty są coraz ciekawsze. Już trzy lata temu pisałem o projekcie firmy Burton, której skrzyżowane wiązki laserów pobudzały molekuły tlenu i azotu w powietrzu i były w stanie stworzyć autentyczny hologram. 50 000 punktów pobudzanych co sekundę tworzyło w powietrzu trójwymiarowy obraz ruszający się z szybkością 10-15 klatek na sekundę.

 

Tylko, że to nadal wszystko jedynie badania naukowe i prototypy. W życiu codziennym jedyne na co możemy liczyć, to obraz z projektorów multimedialnych wyświetlony na półprzezroczystym tle (ewentualnie wspomnianej wcześniej kurtynie parowej) lub modelach o konkretnym tle.

Widziałem taki „hologram” na lotnisku w Glasgow. Uśmiałem się i zapłakałem jednocześnie.

 

Nasze marzenia o holografii są tak ogromne, a technologia tak bardzo nie nadążą za pragnieniami…